|
Wywiady przeprowadzone przez Wiesława Smużnego z uczestnikami III Forum
Wywiad z Piotrem Wójtowiczem
Wiesław Smużny: Czym jest dla Ciebie malarstwo?
Piotr Wójtowicz: Malarstwo jest dla mnie miejscem rozpoznania rzeczywistości zarówno zewnętrznej, jak i wewnętrznej, przestrzenią, gdzie mogę usytuować swoje przeżycia, intuicje i doznania, ulokować swój niepokój i swoje pytania, bez gwarancji, że doznam ukojenia, lub odnajdę słuszne odpowiedzi. Jest więc malarstwo terenem swoistej prywatnej epistemologii, ale również jawi się jako cudowny Byt samodzielnej rzeczywistości, emanującej energią niekiedy większą niż energia fizycznego - obiektywnego świata. Wydaje mi się, że malarstwo w ogóle, tak jak chyba cała sztuka, jest warunkowane intensywnością przeżywania świata...
Intensywność ta z kolei ma ścisły związek z odnajdywaniem w świecie piękna Tajemnicy, w której świat ten jest zanurzony. Tajemnicę tę wyznaczają z jednej strony napięcia między sprzecznościami /narodziny - śmierć, miłość - nienawiść, radość - cierpienie, dusza i ciało/, a z drugiej utrzymująca się wciąż zadziwiająca jedność tych antynomii. Z pewnością wszystko to dostarcza tylu wzruszeń i refleksji, wzbudza tyle niepokoju, a niekiedy i euforii, że stanowi wystarczający "materiał", by stał się on tworzywem dla prób jego wyrażenia. Malarstwo jest genialną konwencją, sprowadzającą obszary emocji i refleksji malarza na skromną "ziemię" prostokątnej płaszczyzny, by od niej odbić je w ukształtowanej formie, po to, aby na powrót niejako wejść w system nerwowy i obieg myślowy drugiego człowieka - odbiorcy. Czy to nie dość, by cieszyć się niezwykłością tego medium? W malarstwie więc lubię i chwalę jego ograniczenie, które okazuje się być ogromna siłą. Józef Czapski powiedział kiedyś..- "malarstwo powinno karmić malarza". Myślę, że to szalenie istotne stwierdzenie, ponieważ zwraca uwagę na możliwość, szansę odnalezienia i potwierdzenia jednocześnie poprzez akt malarski, tożsamości malarza jako osoby. Miałoby zatem malarstwo funkcję budującą wewnętrznie, obok potencjału poznawczego, także potencjał możliwości psychologicznych i terapeutycznych nieomal, co w każdym czasie, ale może naszym szczególnie, jest wartością nie do przecenienia. Mojemu malarskiemu doświadczeniu wciąż towarzyszy jakaś fundamentalna fascynacja malarstwem… Samą czynnością malowania, która w wymiarze czysto fizycznym jest ogromną przyjemnością. Fakt pokrywania powierzchni kolorowymi farbami, zamalowywania, nakładania, ściągania farby… Te wszystkie techniczne zabiegi dają bardzo zmysłowe doznania. I to wydaje mi się dość istotne, niezależnie, co one, te czynności mają w efekcie wyrażać, dają jakąś podstawową radość, która jest głównym motorem, by zaczynać wciąż od nowa i ryzykować kolejny wysiłek, w tym także porażkę. Kolory, formy ich wzajemne relacje i napięcia posiadają niejako swoją osobowość i autonomię. Często w trakcie pracy pojawiają się rzeczy przypadkowe, niekiedy zbyt rozbudowane i bogate. Ogromna przyjemnością jest usunięcie ich jednym gestem z obrazu, jak nieproszonych gości, i ma się wtedy uczucie wielkiej ulgi. Odświeża to spojrzenie i powoduje, że uczucia i myśli biegną we właściwym kierunku. Oczywiście jest także fascynacja malarstwem w ogóle, jako doświadczeniem historycznym, a więc po prostu historia sztuki, jako obraz przemian w malarstwie. To ogromny obszar doznań, odkryć, pozytywnego oszołomienia, zauroczenia, aż do zagubienia w obszarze cudzych światów, ale także niejednokrotnie, potwierdzenia własnych wyborów i intuicji. Myślę, że nie należy obawiać się wpływów, a nawet, być może, są one niezbędne do tego, by odnajdywać własną wrażliwość i chwytać puls bicia własnego serca. Jeśli bije ono mocno, na pewno wcześniej czy później jego głos będzie na tyle dominujący, że łatwo da się wyczuć i rozpoznać. Ja osobiście nigdy nie zamykałem się na wpływy, zawsze miałem, i mam, swoje preferencje, i mógłbym wymieniać artystów, którzy otwierali mi oczy na wiele aspektów zarówno rzeczywistości zewnętrznej - świata fizycznego, jak i odsłaniali świat wewnętrzny - ukryty. Moje fascynacje dotyczą zresztą nie tylko sztuk wizualnych, ale także literatury, filmu, muzyki. Jednak we wszystkich tych obszarach twórczej aktywności poszukiwałem zwykle pewnego zagęszczenia duchowości, wyciszenia, przejawiających się w prostych i dosadnych formach, które, nawet jeśli były formami świata realnego (Rembrandt, Vermeer, Chardin, Morandi), to sublimowały gdzieś poza swoją przedmiotowość. Światło u Rembrandta, na przykład, przy wszystkich cechach światła fizycznego, jest przede wszystkim Jego wewnętrznym światłem, dlatego zapewne obrazy mistrza z Amsterdamu są tak magnetyczne i skupiają nasze myśli… Poza tym, energia, żywy ślad pędzla, jakaś prymarność form, to te elementy, które cenię u innych i których sam poszukuję we własnej pracy. Daje to nadzieję, że te cechy umożliwią mi dotknięcie rzeczywistości, coś wyświetlą, może istotę rzeczy....
W.S.: Co rozumiesz pod pojęciem piękna?
P.W.: Lubię powiedzenie André Bretona o "pięknie, które będzie konwulsyjne, albo nie będzie go wcale". Nie chodzi rzecz jasna w tym wypadku o jakieś formalne udziwnienia, ile o pewien "smak", odczucie czegoś nieprzewidywalnego, może niepokojącego nawet. Poruszające jest jakieś pęknięcie na gładkiej powierzchni, jakaś rysa, skaza, coś, co poruszy dramatyczny potencjał w środkach wyrazu, a tym samym, dotknie czegoś kulawego w nas samych. Wydaje mi się to wtedy ocierać o jakąś trudną do zdefiniowania prawdę o świecie, w którym przecież wciąż dostrzegamy sprzeczności i dramat… Lubię też powiedzenie Picassa, o tym, że coś dobrego zaczyna dziać się w obrazie, dopiero wtedy, kiedy masz ochotę wrzucić go do pieca. To jest ta potrzeba przebijania się w robocie przez rzeczy ładne, przyjemne, bezpieczne i sprawdzone. Musi być jakieś ryzyko, coś na łeb, na szyję, coś na krawędzi pojmowania, żeby móc dotknąć i odsłonić rzeczy istotne… istotne dla siebie, ale też wtedy dla innych. Może to jest po prostu szczerość doznań i wyznań…
O pięknie można mówić naturalnie w wielu aspektach, każdy czas historyczny miał przecież własne kategorie, miary, kanony i poczucie piękna, swoje mody i konwencje. Każda wielka osobowość artystyczna dawała projekcję indywidualnego wzoru na piękno. Ale wydaje mi się, że klasyczna platońska triada wzajemnie warunkujących się kategorii - Piękna, Dobra i Prawdy - sprawdza się jako funkcja uniwersalna, a więc pasująca do każdego czasu i rozmaitych koncepcji sztuki. Przede wszystkim jednak, sądzę, że warunkiem niezbywalnym do umieszczenia artystycznej wypowiedzi w polu sztuki jest jej swoistość i "prawdomówność", pewne cechy tożsamości dzieła z jego twórcą, a także z czasem i miejscem, w jakim ono powstało. Wówczas odczuwamy ten ton, który możemy nazwać prawdziwym, a może nawet to już sama Prawda.... A jeśli tak szczęśliwie się stanie, to niejako automatycznie zjawią się, jak dobre anioły, dwie pozostałe cechy i wartości, tj. Dobro i Piękno. Bo dobrym przecież jest mówić prawdę, a nie kłamać, kombinować, dawać fałszywe świadectwo i odwracać kota ogonem. A kto mówi prosto, szczerze i z serca, jest piękny i ludzie lgną do niego, jak młodzi Ateńczycy do starego Sokratesa. Warunek "prawdomówności" w sztuce wydaje mi się tak istotny z jeszcze jednego powodu… Jak sądzę, tylko takie założenie daje szansę na rozwój i osobowościowe dojrzewanie autora, ponieważ każda próba odkrywania prawdy w sobie związana jest z wysiłkiem nowych sformułowań dla jej wyrażenia. Jest to trud znajdowania formy, poprzez którą i w której autor będzie potwierdzał siebie i swoje odkrycie. W tym sensie uwaga Czapskiego staje się tak bardzo trafna. Można przecież mówić bardzo pięknie - gładko, i kłamać jednocześnie ustawiając się tym samym niejako poza swoją wypowiedzią. Robi się to niejednokrotnie z wielu powodów, choćby po to, by się podobać, by się dobrze sprzedać, by odpowiedzieć na ogólne zapotrzebowanie, by stać w szeregu aktualnych mód i konwencji. Kiedy patrzy się na niezmierzony obszar panoramy sztuki to okazuje się że w jakimś ogólnym obrachunku zostają tylko jednostki, wielcy strażnicy przede wszystkim własnej prawdy, która jakimś cudem staje się prawdą uniwersalną. Tylko ci, którzy powodowani jakąś własną zadrą mieli odwagę odcisnąć swój ślad na ogólnie przyjętych kanonach, odpowiadających przyjętym gustom, mieli dość siły i niezależności by opuścić rozśpiewany, zgodny chór i podjąć ryzykowny wysiłek solistów. Być może fakt, że ten ich samotny śpiew najczęściej opierał się o dramat prywatnego doświadczenia, sprawia, że potrafili jednocześnie zobaczyć dramat i cierpienie poza" własnym nosem". Może też dlatego ten solowy występ, który często ze śpiewu przeradzał się w krzyk, tak nas dotyka i porusza. Dość wymienić Michała Anioła, Caravaggia, Rembrandta, Goyę, van Gogha, Muncha, Picassa, Giacomettiego, Bacona czy Gustona.
W. S. A Twoje uwagi na temat Dobra...?
P.W.: Zwykło się uważać, że sztuka, ta prawdziwa jest wtedy, gdy przekracza niejako poziom rzemiosła, kiedy jest czymś więcej niż tylko dobrze wykonanym przedmiotem. Trudno się z tym nie zgodzić, ale jednocześnie myślę, że wielu jest artystów wśród rzemieślników, którzy perfekcyjnie opanowawszy swoje rzemiosło, tworzą rzeczy nadzwyczajne. Pewna wirtuozeria, która przejawia się w ich pracach też jest jakimś świadectwem bezinteresownego poszukiwania estetycznego blasku. I mimo pewnego chłodu, który zwykle towarzyszy wszelkiej wyczynowości i wirtuozerii, odnajduję w ich dziełach jakąś emanację Dobra właśnie. Przykładów na to można by znaleźć wiele, nie tylko w przeszłości, gdzie jakość i poszanowanie rzemiosła były bardzo wysokie, ale także dzisiaj. Współczesny rozwój technologii daje znakomite rezultaty w rozmaitych dziedzinach, także produkcji masowej, spełniając tym samym postulat koncepcji modernistycznych z przełomu wieków. Muszę powiedzieć, że dla mnie Dobry wydaje się być każdy solidnie wykonany przedmiot. Można by te uwagi w ogóle przenieść na grunt etyki i stwierdzić, ze każda rzetelnie, solidnie, odpowiedzialnie i jak to się mówi z miłością wykonana praca, jakakolwiek by ona nie była, jest dobrym świadectwem, a w związku z tym szczepi niejako Dobro wokół. Oczywiście jesteśmy w stanie wyobrazić sobie solidnie i rzetelnie wykonany kicz, ale z uwagi na to, że niejako z założenia daje on zafałszowany obraz rzeczywistości, przewidywalny i pozbawiony autentycznego przeżycia, trudno będzie tu znaleźć wyższy sens, a tym samym jakieś przymioty Dobra...Kant w odniesieniu do piękna zastosował termin "celowości bez celu", być może zatem pewien odcień bezinteresowności zawarty czy wynikający z tej formuły bezpośrednią drogą zmierzałby w kierunku dobra właśnie...Piękno jako symbol dobra, także jako dobra moralnego nie mającego na celu "ubicia" jakiegokolwiek interesu , jako czystej "woli ku dobru". To sprawdza się nie tylko w sztuce, ale i w życiu także...
W.S.: Czy Twoje prace zawierają się w idei tematycznej III Forum: "Malarstwo - Dobro -Piękno"
P.W.: Naturalnie bardzo pragnąłbym, aby tak było, ale czy tak jest, tego do końca nie wiem. Mam nadzieję, że moje obrazy są prawdziwe, w tym sensie, o jakim mówiliśmy wcześniej... i właściwie ta nadzieja w zupełności mi wystarcza.
|